czwartek, 15 sierpnia 2013

"Tam, gdzie spadają Anioły" Dorota Terakowska

"Anioły nie muszą widzieć, by wiedzieć, w przeciwieństwie do ludzi, którzy nawet widząc - nie wiedzą."*





Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2002 
ISBN: 83-08-03308-3
Liczba stron: 312












Motywem przewodnim powieści jest obecność aniołów w życiu każdego człowieka, którzy mają za zadanie kierować ludzkim losem.


Pięcioletnia Ewa zauważa stado latających aniołów i w pogodni za nimi, wpada w pułapkę, znajdującą się w lesie. W tym czasie jej Anioł toczy walkę z Czarnym (upadłym aniołem), w której traci skrzydła i tym samym swą moc. Jako pół anioł, pół człowiek osiada w ruinach na osiedlu, gdzie mieszka Ewa, w postaci bezdomnego człowieka. Od tego czasu Ewa ma problemy ze zdrowiem.

Jest to piękna powieść o wierze i nadziei oraz niezwykłej duchowej przemianie rodziców głównej bohaterki. Podoba mi się, że książka pokazuje, iż warto mieć nadzieję, nawet w ciężkiej sytuacji. Podoba mi się, że ukazuje przemiany dwóch dorosłych ludzi, zajętych własną pracą i izolowanych we własnym świecie, w osoby, które widzą piękno otaczające nas każdego dnia w różnych miejscach, otwartych na świat. I na tym kończą się zalety wg moich odczuć.

Mimo, że wychowano mnie w wierze katolickiej, nie mogę przyjąć do wiadomości tego, że anioły (czy cokolwiek innego) kierują naszym losem. To tak, jakby nasze życie nic właściwie nie znaczyło, było zabawą kogoś "z góry", a my byliśmy marionetkami w jakimś spektaklu. Ktoś kiedyś napisał, że po tej lekturze zaczął wierzyć w anioły, że są naszymi opiekunami. Ja mam nadzieję, że tak nie jest. Co prawda, nie mam dowodów, że anioły istnieją, ale nie mam też, że ich nie ma. Pozostaje mi wiara w ich brak, tak jak inni wierzą, że są.
Co ciekawe, babcia Ewy przedstawiona jako osoba wierząca, praktykująca, na wieść, że Ewa widziała anioły i że anioły naprawdę istnieją, nie uwierzyła. Z czasem to się zmieniło, ale początkowo nie uwierzyła. Jaka więc była jej wiara? Powierzchowna? Teoretyczna? Głęboka na pewno nie. Ilu takich ludzi jest wśród nas?

Dla wielu czytelników będzie to powieść warta powrotu, gdzie przy czytaniu doznają głębokich emocji, może nawet pogłębienia wiary, ale agnostycy i tym bardziej ateiści, będą się męczyć. 
Nikomu nie odradzam tej lektury, bo może w jakiś sposób pomóc w spojrzeniu na 
świat, ale też gorąco nie polecam. Wolna wola ;)

*"Tam, gdzie spadają Anioły" D. Terakowska, Wyd. Literackie 2002, str. 253.

niedziela, 11 sierpnia 2013

"Zbrodnie miłości" Donatien Alphonse François de Sade






Tytuł oryginału: Florville et Courval
Tłumaczenie: Jerzy Łojek
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania: 1971 
ISBN: 83-06-02066-9
Liczba stron: 158







"Zbrodnie miłości", czyli dwa opowiadania, w których miłość i zbrodnia są jak siostry.

Pierwsze opowiadanie, "Florville i Courval", zaczęło się spokojnie, mdło i nudno. Pan Courval zamierza się ożenić z Panią Florville, ale ta nalega, by najpierw wysłuchał opowieści o jej przeszłości i wtedy zadecydował, czy faktycznie chce mieć za żonę takiego "potwora". Mdło.
Florville opowiada swoją historię, dość nużącą jak dla mnie. Nie ma się czemu dziwić, gdyż urodzenie dziecka w wieku szesnastu lat, dziś już nikogo nie dziwi i nie szokuje. Historia ta zapowiada się jednak na nudny monolog i w tym momencie przerywam czytanie książki...

Wróciłam do niej po kilkunastu dniach. Nie dlatego, że mnie ciekawiło co dalej, ale z wyrzutów sumienia: jak można zostawić około stu sześćdziesięcio stron lektury bez dodatkowej szansy? Ze względu na małą ilość stron postanowiłam, że dokończę, skoro zaczęłam.
Historia Florville nabrała dla mnie znaczenia w momencie, kiedy zjawił się syn Courvala, opowiadając o swoim życiu, które wiódł po opuszczeniu ojca... Przyznam, nie przewidziałam, takiego zwrotu akcji, mimo że spotykam się z takimi powieściami, gdzie fabuła jest przewidywalna, niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowana. 

Drugą nowelę, "Eugenia de Franval", przeczytałam jednym tchnieniem, napędzonym poprzednią opowieścią. Mniejsze zaskoczenie, mniej skomplikowane, w zakończenie... no coż... spodziewane i mało prawdopodobne w odniesieniu do całości. Tak, jakby autor chciał pokazać, że źli bohaterowie, którzy są naprawdę podli i do końca będą wcielać swoje plany w życie, nagle uświadamiali sobie bezsensowne swoje czyny, po czym umierają. Bez jaj, to już nie przejdzie.

Zatem oceniam książkę w połowie na dobrą, w połowie na beznadziejną.